(0) - 0,00 zł

Nie masz produktów w koszyku.

Facebook
Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. I
31.12.2015

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. I

Wszystkim którzy potrzebują kwadransu przerwy w przedświątecznej gonitwie, polecamy lekturę pierwszej części opisu wyprawy do Gruzji Artura i Ewy Kamińskich. Końcówka roku to doskonały moment na chwile zadumy i wyprawowy rachunek sumienia. To również czas na postanowienia noworoczne, czy wyprawa na Kaukaz jest dobrym pomysłem, zdecydujcie sami.

Wracając z Albanii, ze wspaniałego przejazdu Land Roverem w 2011, gdzieś na autostradzie między Serbią a Węgrami, Agnieszka spytała: To dokąd jedziemy w przyszłym roku? Do Gruzji? 

To było raczej twierdzenie, niż pytanie. 

Jak mówi stare porzekadło: "Mówimy: Lenin, a myślimy: partia." Zatem mówię: Gruzja, a myślę: Kaukaz, z Armenią i Azerbejdżanem. Jeśli czas pozwoli, chcemy przez Gruzję wjechać do Armenii, albo pojechać zatankować paliwo w Baku. "Albo", ponieważ 3 tygodnie urlopu nie wystarczą na tyle atrakcji, a ponadto Azerbejdżan i Armenia spierając się o Górski Karabach mogą blokować dostęp do siebie podróżnikom, którzy już odwiedzili ich sąsiada.

Kilka miesięcy przed wojną pięciodniową z Rosją w 2008 roku, do Gruzji pojechali Land Roverem Kuba z Aśką. Wtedy Gruzja WYDAWAŁA mi się szalenie egzotyczna i nierealna.

Dziś wiem, że JEST egzotyczna, choć taka cywilizowana.

Od powrotu z Albanii w sklepie wybieramy tylko gruzińskie wina (takie przygotowanie kondycyjne do wyjazdu). I tak zostało do dzisiaj.

Tydzień przed wyjazdem jedziemy na jak się okazało dość deszczowy zlot LR Only.

Dzień przed wyjazdem zmieniam jeszcze łożyska piasty w tylnej osi.

W dniu wyjazdu, po powrocie z fabryki, startuję z Poznania do Warszawy, gdzie tak naprawdę zacznie się wyprawa, ale na licznik wskakuje dodatkowe 300 kilometrów.

Do Gruzji dojechać można przynajmniej na dwa sposoby: przez Ukrainę i Rosję (przez niedawno otwarte dla podróżników przejście graniczne w Osetii Północnej), albo przez pół Europy i Turcję. Wybieramy ten drugi wariant. Przed nami 3 500 kilometrów (z Poznania) przez swojską Polskę, górzystą Słowację, Węgry pełne słoneczników, Serbię z dwujęzycznymi napisami, zapyziałą Bułgarię i nudną Turcję z Turkami i tysiącem minaretów.

Turcja wymaga oddzielnego komentarza. Z całego dystansu dzielącego nas od Gruzji, droga przez Turcję to prawie 1 500 kilometrów, dobrymi drogami, z cholernie drogim paliwem (ponad 8 zł za litr) i kłopotliwą komunikacją z Turkami (chyba, że znacie język turecki). Oczywiście przed wjazdem do Turcji, jeszcze w Bułgarii, tankujemy auto do pełna łącznie z kanistrami. Na całą Turcję i tak nie wystarczy. Podczas tankowania w Turcji obsługa zawsze spisuje numer rejestracyjny auta. Interesujące...

Turcja, to przejazd przez Istambuł. Nam wypadło to w okresie popołudniowych korków, co w połączeniu ze skalą zjawiska w tej potężnej metropolii oraz stylem jazdy i sposobem zmiany pasa ruchu przez Turków jeszcze dzisiaj wywołuje u mnie dreszcze. Godzinne oczekiwanie w korku i upale na ugaszenie auta płonącego kawałek przed nami było przy tym relaksującym urozmaiceniem. Na nocleg stajemy na dużym parkingu, gdzie ochrona wskazuje nam wygodne miejsce pod ich nadzorem.

Sypialnię mamy w aucie, nikomu nie przeszkadzał nasz biwak obok odpoczywających na trawie Turków i Turczynek w powłóczystych strojach. Przy aucie rozstawiliśmy nawet naszą kabinę prysznicową, co również nikogo nie wzruszało. 

Do granicy gruzińskiej dojeżdżamy po czterech i pół dnia (z Warszawy). Przygoda dopiero się zaczyna. 

GRUZJA

# Wjeżdżamy do Gruzji przez nowoczesne przejście graniczne pod Batumi. Za granicą cieszy tańsze tankowanie auta. Wjeżdżamy do Batumi. Chcemy rzucić okiem na słynny kurort i wreszcie zagłębić się w zieloną i górzystą Gruzję. Na razie lansujemy się na nadmorskiej promenadzie, zajadając arbuza w cieniu jednej z wielu palm. Jest upał, do aktywności trzeba się zmuszać. Wybieramy opcję light - w zacienionej knajpie z fontanną zjemy słynne chaczapuri. Zaskakuje nas smakiem słonego sera zamaskowanego ciastem. Zamawiamy waniliową lemoniadę, co jest nie mniej zaskakującym odkryciem. Jeszcze trochę spacerujemy platanowymi alejkami, mijamy bambusowy zagajnik. Słońce zbliża się do powierzchni Morza Czarnego, w mieście trudno będzie znaleźć miejsce na nocleg, a z hoteli nie korzystamy. Dzikie biwaki to dla nas nieodłączny element podróżowania Land Roverem. Czas zatem wyjechać z miasta. Zbliżamy się do przedmieścia. Czujemy jednak, że coś nas ominie. Zjeżdżamy na najbliższy parking w pobliżu promenady. Dziadek parkingowy zachęca: teraz pójdziemy "paguliat", a potem zostaniemy tu na noc. Toalety są w pobliskiej knajpie, zaraz pokaże, gdzie. Pomysł jest na tyle dobry, a dziadek przekonujący, że zostawiamy auto w miejscu tętniącym wieczornym życiem.

Najpierw kąpiel w morzu o zachodzie słońca, potem trafiamy na tańczącą fontannę. Trudno się od niej oderwać. Na trotuarze tłumy, w innych kreacjach niż za dnia. Spacerują również starzy ludzie. Często słychać język rosyjski. Niektóre knajpy mają mocno europejskie zadęcie, ochronę, baseny, hostessy i sporo wolnych stolików. Od strony morza Batumi wygląda imponująco. Nieco w głębi, alejki zastawione są stołami bilardowymi i stołami do ping ponga. Trudno znaleźć przy nich wolne miejsce. A na długim placu - druga tańcząca fontanna. Co za miasto! U nas jest muzyczna fontanna w Warszawie i we Wrocławiu - w samym Batumi są dwie.

Zmęczeni wracamy do naszej sypialni na parkingu. Szczęśliwie knajpy są jeszcze otwarte, więc jest dostęp do toalet. Jest druga w nocy. Dziadek parkingowy zachwalając swój parking zapomniał powiedzieć, że tuż obok są dwie dyskoteki. Mimo to zasypiamy bez problemu. 

# Rano sprawnie się zwijamy i wyjeżdżamy z Batumi przez centrum miasta. Pojawia się tam nowoczesna architektura, ale dominują postsowieckie blokowiska. Zagłębiamy się w doliny Adżarii wzdłuż rzeki Adżariskali. Szukamy zabytkowego mostu położonego z dala od drogi. Kawałek dalej podobny mostek mijamy tuż przy drodze. Wąska, asfaltowa droga po kilkudziesięciu kilometrach przechodzi w szutry, wijące się przez wioski i wznoszące pagórki. Tempo podróży spada, wysokość rośnie. Tak wjeżdżamy na przełęcz 2000 metrów. Dla wielu podróżujących tym szlakiem to punkt przesiadkowy i gastronomiczny. Po drugiej stronie przełęczy, już w dolinie, rozpytujemy o drogę do Kutaisi, biegnącą przez góry Mescheckie, leżące w paśmie Małego Kaukazu. Chcemy przez nie przejechać wprost na północ od Abastumani. Mamy z tym kłopot, bo wszyscy odradzają nam tą drogę i kierują na zwykłą szosę, biegnącą doliną dookoła gór. Tę zwykłą drogę wskazują również drogowskazy. Trafiamy wreszcie do Abastumani,  uzdrowiska mającego lata świetności za sobą. Tam znowu odradzają przejazd przez góry. Jakaś zmowa czy co? Raczej nas to nie uspakaja.

Jest późne popołudnie, nie wiemy, co nas czeka w górach. Kończy się asfalt, szutry prowadzą wzdłuż małej rzeczki, nad którą piknikują Gruzini. Kolejni, których mijamy, gestami i okrzykami zapraszają: na jednego, na pięć minut! Aż się sobie dziwię, jak długo (2 sekundy) podejmowałem decyzję. Cofam auto. Trafiliśmy na prawdziwą suprę. Kilka rodzin spędza tu urlop. Gruzini serdecznie nas witają i jeszcze bardziej serdecznie goszczą przy stole. W tym przypadku stół, to duża folia rozłożona na trawie, zastawiona smakołykami. Nami zajmują się głównie mężczyźni, kobiety nieco z boku, z zaciekawieniem przysłuchują się rozmowom. Jeden z mężczyzn wznosi toast: za spotkanie, za zdrowie, za nasze kobiety. Achaaa - to tamada, trzeba uważać, i posłuchać go, kiedy podnosi kieliszek. Jego toasty nie były wyrafinowane, alegoryczne czy poetyckie, ale były szczere, serdeczne i ciepłe.

"Gruziński stół to więcej niż mebel, nawet mebel zastawiony wazami, paterami, półmiskami, salaterkami, sosjerkami, dzbanami, gąsiorkami, balonami i flaszkami. Więcej niż zebrani wokół mebla goście: można zrobić stół w plenerze, a nawet w przedziale w pociągu. Gruziński stół to biesiada, przebiegająca według ustalonego porządku, to teatr, w którym każdy ma do odegrania swoją rolę, to rytuał."[WG]

- Nie nie, ja tylko trochę, przecież prowadzę, a droga niepewna. -To nic, to nic, pij, wino dobre, domowe. Częstują szaszłykiem, sałatką, znowu toast: za spotkanie, za naszą biesiadę. Oczywiście pijemy, wino przecież domowe jest, dobre. Rozmawiamy po rosyjsku. Nasi znajomi pochodzą z Abchazji. 20 lat temu Rosja wypędziła ich z domów, domy spalono. Z sąsiadami Rosjanami żyli w dobrej komitywie, do dzisiaj dzwonią do siebie, dlaczego tak się stało? 20 lat... A dom mieli 70 metrów od Morza Czarnego. Dziś mieszkają w Tbilisi. 

Znowu pijemy, jakoś tak w ciszy, choć tamada przemawiał. 

Rozmowa musi zejść na "Czterech pancernych i psa". Gospodarze są przekonani, że Gruzina w tym kultowym serialu grał ich człowiek, Gruzin. Przy naszym stanowisku dzwonią do znajomych, wyjaśniają... że jednak Polak.

Wokół nas dokazują dzieci. Dajemy im naklejki ze zwierzątkami. Robi się drobne zamieszanie: ten chce jeszcze jedną, tamten nie dostał zajączka, inne dostało żabkę, a wolałoby pieska.

Jeden z Gruzinów ma dzisiaj urodziny. Sięgamy do naszych rezerw federalnych i dajemu mu w prezencie flaszeczkę polskiego krupniku. Wypytujemy jeszcze o bezpieczeństwo w Swanetii i obszarach w pobliżu Abchazji. Od paru lat jest spokój. Do Abchazji oczywiście nie wjedziemy.

Pijemy za pokój na świecie, za szczęście dla nas w podróży. Gaumardżos! Z wyczuciem pytam tamadę, czy też mogę coś powiedzieć. Więc pijemy za powodzenie i ich rychły powrót w rodzinne strony. Chociaż z realizacją będzie zapewne podobnie, jak z pokojem na świecie...

Po dwóch godzinach, z żalem, odjeżdżamy z podarowaną nam galaretką winogronową, pikantnym sosem (dobry na krążenie), flaszką domowego wina i krzyżem narysowanym na zakurzonej masce auta.

"Na Kaukazie wystarczy czasem uśmiechnąć się, zagadnąć sąsiada w marszrutce, przysiąść do kogoś na ławce w parku, by potoczyła się opowieść o życiu, dzieciach, historii, religii i kosmosie. Zresztą, nie trzeba zagadywać, sami zaczepią, poczęstują jabłkiem, spytają, skąd jesteśmy i jak mamy na imię." [WG]

Zagłębiamy się w lesiste zbocza gór. Liczymy, że zdążymy dojechać do grani przed zachodem słońca. Jednak droga, na skalnym podłożu, ma wiele rozpadlin i trzeba uważnie i wolno jechać. Na odkryte, wysokie przełęcze wjeżdżamy więc już po zachodzie. Ale i tak jest pięknie: kolorowe niebo, pobrzękujące dzwonki owiec w zagrodach pasterskich widocznych na niżej położonych polanach , konie pasące się na stoku a widoki po horyzont. Jest chłodno, nasz biwak jest na wysokości 2 200 metrów.

 # Zjeżdżamy na drugą stronę gór. Spotykamy trzech wesołych pasterzy, zapraszają na czaczę. Przed 13-tą? Do dziś żałuję, że wtedy nie spróbowałem. Być może umrę, nie znając jej smaku. Robimy sesję zdjęciową przy ich bacówce i zjeżdżamy niżej. Na śniadanie serwujemy turecki chleb, gruzińskie jajka, polską kiełbasę i bułgarskie pomidory. Przeglądam jeszcze auto i skalistą drogą dojeżdżamy do kurortu w dolinie, z leczniczymi źródłami. I dalej szybko, normalnymi drogami, przez Kutaisi (zwiedzanie zostawiamy na później, bo śpieszy nam się do Swanetii na szczególne święto) wjeżdżamy do tej legendarnej krainy. Do miejscowości Lentekhi przyjemny asfalt, dalej przyjemne szutry. Na biwak stajemy w rozległej dolinie. Przy kolacji przekomarzamy się z wieczornymi ptakami, świetlikami i księżycem. Wokół na łące krowie placki. Jest cudownie, pijemy wino, które dostaliśmy wczoraj.

 
Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, foto Artur Kamiński
Autor: Artur Kamiński
Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej w Polityce Prywatności