(0) - 0,00 zł

Nie masz produktów w koszyku.

Facebook
Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. II
20.01.2016

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. II

Kolejna cześć przygód w Gruzji Artura i Ewy, u nas chłodno a z tekstu aż bucha słońce, zapraszamy do lektury a do podróżowania i przesyłania nam opisów Waszych wypraw serdecznie namawiamy!

28 lipca, piękna pogoda. Dziś chcemy dojechać do słynnej wioski Ushguli i zdążyć na jedyne w swoim rodzaju święto w pobliskim kościele. Czas pokazał, że pośpiech w Gruzji jest niewskazany i mało możliwy. Na razie droga biegnie długą doliną. Stopniowo przez drzewa zaczynamy widzieć grzbiety wspaniałych gór, potem zaczynają dominować w krajobrazie ich ośnieżone żleby. Widać coraz mniej drzew i coraz więcej gór, niechybny znak, że wspinamy się ostro w górę. Przez trawiaste łąki dojeżdżamy do przełęczy. Wioski ciągle nie widać. Przy drodze stoi auto, maska podniesiona, panowie na coś spokojnie czekają. Zatrzymuję się przy nich, pytam, co się stało, jak możemy pomóc? "- Wsio normalno, woda się zagotowała. Musi przestygnąć". To dość zwyczajna i częsta przypadłość aut na drogach w Gruzji. Auta są niemłode, wyładowane po dach, bo dojazd do wiosek w górach trwa długo i trzeba transport dobrze wykorzystać. A drogi strome. Nasi nowi znajomi są tak wzruszeni naszą chęcią pomocy, że pytają o stakany (kieliszki) i z dużej butli częstują domowym winem. Kieliszki małe, więc napełniają je kilka razy. Ja kierowca, więc dają spokój, ale Agnieszka pić musi. Co więcej - wino jej smakuje i chce. Wreszcie i ona protestuje, że "pasliednij" (ostatni). Oni, że nie, że dopiero "pieredpasliednij". I tak jeszcze siedemnaście razy. Gruzini (jak się potem okaże - Swanowie, czyli tutejsi) są przemili, odmówić trudno. Ale jednak ruszamy. Kawałeczek dalej piękny widok, więc zatrzymujemy się na zdjęcia. W tym czasie Gruzini ostygli, a przejeżdżając obok nas nie omieszkali poczęstować winem. Daleko do Ushguli? Podobno kawałeczek, ale zbocze, którym jedziemy, tak jest jakoś pokręcone, że wioski ciągle nie widać. Ruszamy i my. Za zakrętem... stoją, znowu się zagotowali. Powtarzamy proceder, no bo jak tu się nie zatrzymać przy parującym aucie. Kilka "pieredpasliednich" i odjeżdżamy. Wreszcie jest: wieża za wieżą wyłania się Ushguli, najwyżej położona wioska w Europie. Kiedyś, w jakimś geograficznym kanale TV po Gruzji podróżował Yan Wright. Zapamiętałem relację ze Swanetii. Jakże wtedy nierealne wydawało się być tutaj. I jakże bardzo być tu chciałem.

Jeszcze parę metrów i otwiera się widok na całą dolinę. Powalające. Domy i wieże tarasowato rozłożone w wiszącej dolinie, wyprowadzającej wprost pod niebotyczne szczyty (ale poezja, mam tak po domowym winie). Robimy zdjęcia, co w Gruzji skutkuje tym, że zatrzymuje się ostygłe już auto z sympatycznymi Swanami i znowu pijemy. Zapraszają do domu jednego z nich, w samym środku wioski, przy głównej drodze. Podjeżdżając pod dom, z naprzeciwka widzimy jadące pod górę discovery. Pewnie z Polski, wykrzyknęliśmy. W tym czasie Ania i Krzysiek zrobili to samo (już w Polsce widzieliśmy film z tego zdarzenia). Przyjechali tu również jednym autem z dwoma kilkuletnimi chłopcami. Po drodze mieli drobne przygody z autem, więc coś jeszcze ustalamy przy podniesionej masce i razem wchodzimy w cień swaneckiej chaty. Swan chce tu urządzić hotelik dla turystów. Ma plany, ma wizję, rozpoczął już prace z przyjaciółmi. Zaprasza na poczęstunek, nam się spieszy. Więc wspólnie zjadamy tylko owoce, wznosimy toasty i odjeżdżamy, każda załoga w stronę swojej przygody.

Jadąc do Ushguli od strony Lentekhi spotkaliśmy niewiele aut. W stronę Mestii droga jest łatwiejsza, a dzisiaj jest święto, więc ruch jest bardzo duży. Na szutrowej drodze powstawały korki! My mamy już trochę więcej przestrzeni dla siebie, bo z powodu ushgulskiej integracji zrobiło się późno. Niedobrze - dzisiaj, i tylko dzisiaj, raz w roku, drzwi w kościółku świętego Kwiryka są otwierane i dokonują się tam na poły pogańskie obrzędy. Auto zostawiamy w dolinie.

Do kościoła idzie się pod górę od głównej drogi około 45 minut, w upale. Mijamy schodzących, takich jak my jest niewielu. Mijamy również miejsca, gdzie Gruzini ucztują. Rozpalają ogniska, pieką prosiaka, jedzą, piją. W oddali słychać bijący krótko dzwon, brzmi jak sygnaturka. Spoceni jesteśmy wreszcie na górze. Jest kościółek, poniżej niewielkie zabudowania gospodarcze, wokół przepiękna panorama. Obrzędy w czasie święta nakazują zabić wołu, ugotować mięso w wielkim kotle, a potem - zapewne przy wsparciu duchowym zakonników - raczyć się jadłem i winem. A mężczyźni popisują się swoją siłą, przerzucając duże kamienie i dzwoniąc dzwonem. Ta druga dyscyplina jest dość specyficzna: dzwon jest uczciwy i ma żelazne uchwyty, które zakłada się na ramiona. Potem "wystarczy" unieść dzwon i rozkołysać go tak, żeby zadzwonił. Dzwon uniosłem, rozkołysałem, a potem pomyślałem o czekającej mnie dopiero podróży po Kaukazie i dzwon odstawiłem na swoje miejsce. Podczas zejścia Agnieszka jest zaproszona na skromną suprę. Szedłem inną ścieżką...

"Drogą pylistą, drogą krętą" dojeżdżamy przed wieczorem do Mestii, stolicy Swanetii. Wokół, na przedmieściach, widać mnóstwo kamiennych wież. Kto wie, może nawet więcej, niż w Ushguli. Centrum Mestii odbudowywane jest w przyjemnym, kamienno-drewnianym stylu (chciałem powiedzieć: alpejskim, bo trochę podobny, ale daleko stąd do Alp). Za parę lat będzie to szalenie miłe miejsce, świetny punkt wypadowy w okoliczne, potężne góry. Znajdujemy miłą knajpkę na pięterku. Zajadamy rodzaj chaczapuri, z mięsnym nadzieniem. Teraz już pora poszukać biwaku. Okolice miast i głębokie doliny temu nie sprzyjają. Ale niedaleko Mestii znajdujemy jakąś polanę piknikową - sądząc po rodzaju rozrzuconych śmieci - i tam zostajemy pod dziką śliwą. Obudziła nas spokojna impreza kilku osób, przy ognisku nieopodal. Zasady dzikiego biwakowania mówią: miejsce twojego biwaku zostało odkryte - zwijaj się i jedź gdzie indziej. Zostaliśmy do rana. Czas pokaże, że ze stosowaniem zasad nie byliśmy tak konsekwentni.

 Do Ushguli można dojechać z dwóch stron. Ciekawszą, ale trudniejszą drogą od strony Lentekhi oraz drogą od strony Zugdidi (do Mestii asfaltową). Tędy jeżdżą marszrutki i wszelki prywatny transport wożący turystów. Ta droga biegnie dnem doliny, wzdłuż rwącej, mulistej rzeki, aż do jeziora retencyjnego. Poniżej zapory, w miasteczku Dżwari, zjeżdżamy z dobrej drogi, kuszącej tempem podróżowania. I "prawie" bez pudła trafiamy w jeszcze bardziej kuszące szutry, prowadzące na skróty przez góry i wioski w stronę Kutaisi. Wolniutka droga wije się między płotami pól i posesji, przekraczając mniejsze i większe strumienie. Meandrując po malowniczych łąkach, przez Muchuri i Martvili, wyprowadza na asfalty i kolejne szutry kierujące nas do Kutaisi. To miasto jest siedzibą parlamentu gruzińskiego, ale nie jest stolicą Gruzji.

Na wjeździe do miasta budowana jest olbrzymia, nowoczesna kopuła ze szkła i betonu. Wzdłuż alei modernistyczne rzeźby. Gdy w Gruzji coś budują, to robią to przyzwoicie i z pomysłem. W miasto nie zagłębimy się jakoś szczególnie, ale bezwzględnie musimy zobaczyć słynną katedrę Bagradi. Przy okazji zakupów w piekarni odkrywamy chaczapuri z nadzieniem z fasoli. Jest wyborne i syte. Takie lub inne chaczapuri weszło do kanonu naszych posiłków w ciągu dnia. Ale poszukiwania zaczynaliśmy zawsze od fasolowego. Na zimno też smakuje.

Mijamy fontannę na okrągłym placu, pełniącym rolę ronda. Na plac wjeżdża orszak weselny z długą limuzyną na czele. Na klaksonach jeżdżą wokół fontanny. Wchodzimy na orbitę, włączamy się do orszaku naszym zakurzonym domem na kółkach i trąbiąc jeździmy z nimi.

Do katedry Bagradi widocznej z daleka dojechać niełatwo. Trzeba trafić na uliczkę za rzeką, biegnącą niemal od samej rzeki stromo w górę. Przy okazji warto przyjrzeć się domkom malowniczo przyklejonym do skalistego koryta rzeki. A katedra robi duże wrażenie mimo, że jest dopiero odbudowywana.

Spod katedry wyjeżdżamy szukając drogi do manastyru Gelati. Piękny zespół klasztorny leży na wzgórzu kilkanaście kilometrów od Kutaisi. Trzeba go zobaczyć. Na jego terenie są trzy kościoły i odbudowany budynek akademii. "Przy klasztorach w Gelati, Szio-mgwime i Ikalto działały słynne akademie, które kształciły teologów, filozofów, matematyków i muzyków." [WG] Jest też bijące od setek lat źródełko, do którego woda sprowadzana jest z gór ceramicznymi rurami. Wewnętrzne ściany kościołów pełne są IX-XI wiecznych polichromii. Gdzieś znajdujemy wizerunek Dawida Budowniczego (właściwe: Dawid IV Agmaszenebela). Za czasów panowania Dawida IV i jego prawnuczki, królowej Tamar, Gruzja przeżywała swój złoty wiek, swoje 100 lat rozkwitu.

Opuszczamy monastyr. Nadchodzi burza, w strugach ulewnego deszczu znajdujemy miejsce na biwak w uroczym zakątku nad zanikającym strumykiem. Na polankę trzeba zjechać w dół z porozmywanego, błotnisto-trawiastego wału. Błoto jest pomarańczowe i lepkie. Mamy obawy, czy rano, po burzy, uda się stąd wyjechać, gdy łąka nasiąknie wodą a mokra trawa też nam nie pomoże.

 Urocza łączka wspomagana napędem wszystkich kół wypuściła nas na trasę w kierunku Gori. W czasie wojny z Rosją w 2008 roku Gori trochę ucierpiało. Jednak pomnik Stalina przetrwał. Zdemontowano go dopiero w 2010 roku. Teraz są plany postawienia go na nowo. Do Gori jedziemy własciwie tylko z jego powodu. Ten "... ospowaty młodzieniec z Gori, niedoszły ksiądz, Soso Dżugaszwili." [WG], czyli Stalin, urodził się właśnie tutaj, w Gori. Jest tu jego muzeum, rodzinny dom obudowany marmurowym mauzoleum i kolejowa salonka (ówczesny kamper), którą podróżował dyktator. Pani przewodnik ładnym, zrozumiałym rosyjskim tłumaczy zawiłości polityki prowadzonej przez Stalina. W głównym hallu muzeum, w kąciku, stoją (ledwie od kilku lat) plansze informujące, że to muzeum nie popiera totalitaryzmu i zbrodni stalinowskich. Że obrazuje tylko propagandę totalitarnych rządów.

Gruzini dumni są ze Stalina. To przecież syn ich narodu, wielki i sławny czlowiek.

Ruszamy drogą ekspresową w kierunku Tbilisi. Pasażerowie lokalnego busika energicznie nas pozdrawiają, aż się przyklejają do szyb. Serdeczny naród, ci Gruzini. Drogowskazy pokazują, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Do Baku ledwie rzut beretem, do Teheranu dwa rzuty. To egzotyczne nazwy, a jest to namacalne, to jest realnie blisko. No tak - do Baku blisko, a zrobiło nam się daleko do Uplisciche skalnego miasta tuż pod Gori. Zapomnieliśmy o nim, zabłądziliśmy, teraz musimy nadłożyć kawał drogi. Przy okazji robimy zdjęcia z wypieku chleba w pewnej małej piekarni. A że do celu dojeżdżamy późnym popołudniem z zupełnie innej strony - któż by się tym przejmował.

Uplisciche to miasto wykute w skale. Początki datowane są 3 tysiące lat przed naszą erą. W miękkiej skale wykuto wszelkie obiekty potrzebne ludziom do egzystencji. No - może z wyjątkiem stacji benzynowej i kawiarenki internetowej. Zwiedzanie jest płatne.

I znowu wracamy na szybką trasę... przez Gori, bo skalne miasto jest ledwie kilka kilometrów od niego. Zrobiliśmy spore kółko.

Już o zmierzchu wjeżdżamy do Mcchety. Rzutem na taśmę, przy świecach, zwiedzamy cerkiew Samtawro. Siostra zakonna wyjaśnia nam, czemu gruziński krzyż ma wygięte ku dołowi ramiona. "Gruziński krzyż, krzyż świętej Nino, ma opuszczone ramiona, niczym ludzkie ręce, załamane pod ciężarem trosk. Oplata go jak sznur warkocz świętej" [WG]. To za sprawą gałązek winorośli, z których robiono kiedyś małe krzyże. Gałązki wysychając wyginają się, a teraz tym dużym, żelaznym i drewnianym, twórcy od razu wyginają ramiona.

Po zmroku kolędujemy jeszcze po mieście zaglądając to tu, to tam. Okolice katedry Sweticchoweli są gustownie odrestaurowane, a sama katedra kolorowo i plastycznie oświetlona. Zwiedzimy ją jutro, teraz czas na biwak. Wyjeżdżamy z miasta pod górę, turystyczną "Drogą Monastyrów". Pierwsza dróżka w bok, pierwsze krzaki. Nie są zachęcające, więc wracamy na drogę. Jedziemy dalej. Krzaki okazują się cmentarzem. Jeszcze kawałek i zjeżdżamy w rozmytą drogę biegnącą stromo w górę. Kolejne rozpadliny, nieduży lasek i znajdujemy łąkę ze wspaniałym widokiem na okoliczne doliny. Na skraju łąki stoi malutka cerkiewka, a w oddali pulsują światła Tbilisi. Jest ciepło, łąka pachnie i brzęczy.

W centrum Mcchety są duże ograniczenia w ruchu samochodowym. Wiele ulic jest zablokowanych dla przyjezdnych. W pobliżu katedry Sweticchoweli utworzono duży parking i stragany dla sprzedawców pamiątek. Już od początku dnia w katedrze jest wielu zwiedzających. Wnętrze kusi chłodem i zabytkami z zupełnie odmiennych epok i stylów. Kusi ogromem i dostępem do wszystkiego, co w niej jest. To najważniejsza gruzińska katedra, trochę jak nasza na Wawelu czy na Jasnej Górze.

W Mcchecie jest jeszcze jedna cerkiew - Świętego Krzyża, na wzgórzu na drugim brzegu rzeki. Prezentuje się dumnie, ale drogę do niej znaleźć niełatwo. Jedziemy więc do Tbilisi z nadzieją, że w drodze powrotnej łatwiej będzie zjechać z drogi ekspresowej na drogę prowadząca do cerkwi.

Przez Tbilisi tylko przejeżdżamy, robiąc zdjęcia z auta, jak japońscy turyści. Żeby zrealizować nasze plany musimy zrezygnować ze zwiedzania stolicy Gruzji. Zresztą miasta to nie jest to, co w podróżach najbardziej nas pociąga. Ale mając więcej czasu Tbilisi powinno się zwiedzić: zostać tam na noc, pójść do łaźni siarkowych, wjechać na wzgórza dominujące nad miastem.

Z Tbilisi kierujemy się na północ. Po drodze wjeżdżamy do cerkwi Świętego Krzyża. To niewielka świątynia, położona w miejscu widocznym z daleka i widokowym. Spotykamy grupę radosnych pątników z Polski. Rozpoznają nasz samochód, cieszą się jak dzieci ze spotkania, robią sobie zdjęcia przy naszym aucie. To oni pozdrawiali nas wczoraj na trasie pod Gori.

Wracamy na główną drogę. Pozostawiamy przy drodze dwóch autostopowiczów z Polski - mimo dużego auta mamy tylko 2 miejsca siedzące, reszta powierzchni to łóżko. Niebawem pojawia się drogowskaz kierujący do Władykaukazu. Znak, że jesteśmy na Drodze Wojennej (czy też Wojskowej, zależnie od interpretacji tłumaczenia). Historyczna, ale przede wszystkim malownicza to droga prowadząca przez góryKaukazu do granicy z Rosją, a tuż przed nią do Stiepantsmindy (dawniej Kazbegi). Gdzieś w połowie dystansu koniecznie trzeba zwiedzić monastyr Ananuri cudownie połozony nad jeziorem. Początkowo Droga Wojenna prowadzi dolinami, pod koniec wznosi się na wysokokie granie i za ostatnimi stacjami narciarskimi traci asfalt. Droga przez najwyższe góry to szerokie szutry z kałużami, od których nie stronią TIR-y i wielkie autobusy. Po prostu innej drogi do Rosji nie ma. Przed przełęczą urządzony jest zwieszony nad urwiskiem punkt widokowy, z pokomunistyczną, kolorową mozaiką przedstawiąjącą ludzi pracy. W pobliżu zainstalowały się punkty gastronomiczne. To oaza życia towarzyskiego w tym rejonie. Spotykamy tu naszych autostopowiczów. Przylecieli samolotem a teraz za nieduże pieniądze zwiedzają Gruzję.

Z przełęczy jest już niedaleko do Stiepantsmindy. Otwierają się tak piękne widoki na Kaukaz, że prowadzenie auta staje się niebezpieczne. Mija nas auto Mongolia Rally, do którego wbili się na stopa nasi znajomi.

Na biwak chemy stanąć na przełęczy pod klasztorem Tsminda Sameba nad Stiepantsmindą, na stokach Kazbeku. Wyboistą drogą wspinamy się na przełęcz. Góry zaciągnięte są chmurami, wiemy, że na przełęczy będzie wiało. A tu nagle, na skośnej łące powyżej drogi, widzimy kilka aut terenowych. Machają do nas. Nieważne, kim są, takie auta powinny nocować razem. Miejsce ładne, więc skręcamy do nich. Za chwilę widzimy, że to Polacy. Potwierdza to nasze dotychczasowe spostrzeżenia, ze jeśli w Gruzji widzimy oszpejoną terenówkę, to jest ona z Polski. Na łące stoją 3 dyskoteki i patrol, a sympatyczna ekipa jest z Tarnowa. Dołączamy do stada dyskoteką, więc we wzmocnionym składzie drzemy łacha z patrola: "- Fajna droga była - opowiadam - da radę przejechać autem. - A patrolem?" Spędzamy razem przemiły wieczór. Wokół nas wysoki Kaukaz z pasemkami chmur. I księżyc.

"Takich gór, jak u nas, w Gruzji, to nie ma nigdzie na świecie." jak mawiał Gruzin Saakaszwili w serialu o pancernych. Kto wie - może miał rację?

O poranku chmury tylko na chwilę odsłoniły szczyt Kazbeku, najwyższego szytu Gruzji. Wjeżdżamy na przełęcz. Ania i Krzysztof, których spotkaliśmy w Ushguli, zostawili tu samochód i poszli wczoraj na treking pod Kazbeg, do obserwatorium meteorologicznego na trzech tysiącach metrów. Przez lodowiec, z dwójką kilkuletnich chłopaków. Duży szacun dla Waszej eskapady!

Monastyr na przełęczy jest kolejnym, ważnym punktem na religijnej mapie Gruzji. Poniżej święte źródło, w którym poją się konie. Spotykamy kolejna ekipę z Polski - tym razem na motorach. I jeszcze naszych autostopowiczów.

Znakujemy auto Krzyśka landkliniczną naklejką i zjeżdżamy w dolinę. Jeszcze skok do rosyjskiej granicy i wracamy Drogą Wojenną na południe. Przy tarasie widokowym spotykamy kolejne, samotne discovery z Polski. Za klasztorem Ananuri zjeżdżamy z głównej drogi na wschód, żeby na skróty, przez Tianeti dojechać do Tuszetii. Szutrowa droga jest nie mniej malownicza, choć trafiają się na niej duże ciężarówki. Dziś próbowałbym jechać wprost ze Stiepantsmindy drogą przez Gudani, równolegle do rosyjskiej granicy. Pod wieczór dojeżdżamy do Laliskuri z oczekiwanym długo drogowskazem "Omalo 72". Zagłębiamy się w coraz ciaśniejsze doliny. Pora stanąć na biwak. Znajdujemy pierwszorzędne miejsce, zjeżdżając na dno doliny. I gdy po kolacji chcieliśmy rozwinąć biwak, z rzeki wyszło trzech dżentelmenów.Mieli ze sobą dziwne przedmioty i coś szeptali między sobą. Aga zauważyła, ze to kłusownicy. Być może oni byli bardziej zestresowani, ale uznaliśmy, że trzeba zmienić miejsce. Mimo zapadającego zmierzchu kawałek dalej coś przecież znajdziemy. Nie znaleźliśmy - wyżej droga była już wąska i biegła wzdłuż stromych zboczy. Jedziemy serpentynami mozolnie zdobywającymi wysokość w coraz bardziej stromych górach. Po zmroku bardziej to czujemy, niż widzimy. Wjeżdżamy w chmury, więc jazda staje się uciążliwa, a momentami niebezpieczna. Najgorzej jest na zakrętach. Serpentyny przełamują się pod ostrym kątem, a na zakręcie jest najbardziej stromo. To wszystko we mgle, którą podświetlają reflektory tworząc białą ścianę. Po kolejnych zakrętach już nie wiem, z której strony jest przepaść, a z której zbocze, do którego możnaby się przytulić. Więc Agnieszka idzie 3 metry przed autem i pokazuje rękami, gdzie jechać. Chcemy stanąć, ale nie ma odrobiny szerszego miejsca, jakiejś mijanki przy drodze. A mimo późnej pory zdarzają się jeszcze auta zjeżdżające w dół. W końcu trafiamy na szerszy kawałek, kończący się urwiskiem. Nie wiemy co jest dalej, bo wsystko tonie w chmurach. Powinniśmy być blisko przełęczy. Mija nas ostatnie auto wracające z Omalo. Pytają, czy wszystko u nas w porządku. To miłe. Jest północ. 

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, foto Artur Kamiński
Autor: Artur Kamiński
Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej w Polityce Prywatności