(0) - 0,00 zł

Nie masz produktów w koszyku.

Facebook
Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. IV
02.05.2016

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. IV

Ostatnia już część relacji Artura o „wycieczce” na Kaukaz. Tym którzy polubili relacje z wypraw małżeństwa Kamińskich uspokajamy, ostatnia część o Kaukazie, ale nie ostatnie wyprawa. Kolejne wyprawy opisane lekkim Arturowym piórem już wkrótce

W czasie śniadania przychodzi do nas kobieta, żona rolnika. Przynosi nam torbę z warzywami i ziołami. Pyta, ile dni tu zostaniemy, zaprasza do siebie do domu. Rewanżujemy się prezentem dla dzieci. Ruszamy w poszukiwaniu klasztoru Noravank. Prowadzi do niego boczna droga biegnąca wąwozem między pomarańczowymi skałami. Mijamy autostopowiczów, nie mamy przecież miejsca. A, niech tam, droga jest na końcu świata, w upał ciężko się idzie, jakoś damy radę ich podwieżć. Wracamy. Ona jedzie na łóżku, on na dachu. Stamtąd dostrzega na skałach dużego węża z żółtymi plamami. Ujechaliśmy kawałeczek, gdy na drogę wbiega chłopak próbując nas zatrzymać. Kurczę - to przecież Holender, którego spotkaliśmy w Omalo, na północy Gruzji! Potrzebuje pomocy, zjechali z szosy na łąkę, auto się zepsuło, tylko alarm wyje. Dojeżdżamy z misją ratunkową (discovery recovery). Szczęśliwie w wynajętej nivce rozładował się tylko akumulator. Uciszamy syrenę alarmową. Chłopak jeszcze nie jest pewien, czy damy radę. Dzwonił już do assistance, ale tam nie gadają po angielsku. Chce, żebyśmy spróbowali dogadać się po naszemu. Zamiast rozmawiać podajemy prąd z naszego auta. Nivka zaskoczyła. Razem jedziemy do klasztoru. Noravank jest bodaj najpiękniej położonym klasztorem w Armenii. Chociaż jak tu oceniać - piękny albo jeszcze bardziej piękny? Spotykamy jeszcze francuskie małżeństwo, które przyjechało defenderem. Pamiątkowe fotki z uratowaną ekipą, zabieramy na pokład "naszych", i zwozimy ich do głównej szosy. Dalej pojadą marszrutką. A my przygraniczną drogą w stronę Erewania. Drogą, z której może zobaczymy Ararat - świętą górę Ormian, leżącą na terenie Turcji. Wystarczający to powód, żeby te dwa kraje od lat wiodły spory. Marcin i Ania kilka dni wcześniej nie widzieli tej góry. My też nie jesteśmy pewni, czy to już Ararat, czy tylko pasma chmur. "Ararat zjawia się nagle. Nieważne, czy nadjeżdżasz z zachodu czy ze wschodu, od północy czy od południa - przychodzi chwila, kiedy już jest, już go widzisz." [WG]. Tak, teraz już jesteśmy pewni, choć widoczność nie jest najlepsza. Gdy podjedziemy do klasztoru Khor Virap, Ararat będzie widać lepiej. Klasztor powstał w miejscu, gdzie do dzisiaj jest ponura piwnica, jama w ziemi, w której wiele lat był więziony Grzegorz, później święty. Uzdrowił ówczesnego króla Tyrydatesa, poganina który go więził, a ten tak się przejął, że w 301 roku wprowadził w Armenii chrześcijaństwo. Armenia jest pierwszym na świecie krajem, który - jako instytucja, a nie pojedyńcze plemiona - przyjął tę religię. Przed klasztorem sprzedawcy, oprócz innych pamiątek, oferują gołębie. Kupujesz, a potem rytualnie wypuszczasz. Gołębie wracają do sprzedawcy i interes się kręci. Wokół na rozległych równinach są winnice i plantacje arbuzów.

Wjeżdżamy do Erewania. Od czasu słynnego Radia Erewań, rozsyłającego kiedyś na falach eteru sowiecką propagandę, nazwa stolicy Armenii w różnych źródłach brzmi Jerewań lub Erywań. Pozostanę przy poczciwym Erewaniu. Ulice pełne są atrakcyjnych, modnie ubranych kobiet i nowoczesnych samochodów. Próbujemy zatankować auto płacąc kartą kredytową, podobno w mieście to możliwe. Więc jeżdzimy od stacji do stacji - wszędzie przyjmują tylko gotówkę. Więc szukamy bankomatu, przeliczając, ile litrów i ile kasy trzeba wyjąć, żeby nie zabrakło i zbyt wiele nie zostało. Paliwo w Armenii jest trochę tańsze, niż w Gruzji, więc tu zaopatrujemy się na podróż przez Turcję. I już pędzimy dalej, ale mając więcej czasu warto zwiedzić kilka erewańskich muzeów.

Do granicy niby jest blisko, ale droga jakoś nam się dłuży. Mijamy masyw wulkanu Aragat. Warto dojechać w pobliże jego szczytu, niewidocznego z poziomu szosy. Jest tam jeziorko, można zaplanować biwak. Po raz kolejny z żalem odpuszczamy. Przed zmrokiem dojeżdżamy do granicy. Przejście graniczne za Bavrą jest niewielkie i jakoś tak bardziej widać, z kim rozmawiać. Ale i tak spędzamy tam prawie 2 godziny, przyglądając się plakatom prezentującym jadowite węże Armenii i płacąc również za wyjazd z tego kraju. Miejsce na biwak znajdujemy już w Gruzji.

"Z nieba spadły trzy jabłka - to Osip Mandelsztam. - Pierwsze dla tego, kto opowiadał. Drugie dla tego, kto słuchał. Trzecie dla tego, kto zrozumiał. Tak kończy się większość ormiańskich bajek" [WG]. 

Nieco na skróty jedziemy do Vardżi, słynnego skalnego miasta. Na mapie znajdujemy drogę daleko od szosy w okolicach Suldy. Najpierw mylimy kierunki i zatrzymuje nas uzbrojony po zęby żołnierz na zamkniętym punkcie granicznym z Turcją. Zawracamy między budką wartowniczą i statywem z duża lornetą. Wracamy i szutrową drogą wjeżdżamy do wioski Kumurdo albo Okami (teraz już sam nie wiem, gdzie to było). Dalej  tylko intuicja i kompas prowadzą nas przez koleiny na pięknych, po horyzont pofałdowanych łąkach bez żadnego punktu orientacyjnego. Droga wije się, kluczy, powstają z niej trzy inne. Wyieramy tę jedną, właściwą, ale za chwilę kompas pokazuje niedobry kierunek. Wracamy, szukamy, pastuszek wskazuje jakiś punkt na bezkresie łąk. Trafiamy do rolniczej osady na krawędzi wielkiej doliny rzeki Kury. Ściana przeciwnego stoku jest dziurawa jak ser szwajcarski. Więc tak wygląda Vardżia! Jeszcze tylko godzinny zjazd wąskimi serpentynami i jesteśmy w dolinie. Na drugim brzegu rzeki jest parking i cała ta turystyczna infrastruktura: kasy biletowe, bar i toalety. W upalny dzień zwiedzanie jest uciążliwe. Niewiele zmieniają zacienione kwatery wykute w skale. Trudno wyobrazić sobie pierwotną wielkość miasta, skoro mogło zmieścić do 60 000 ludzi, a trzęsienie ziemi urwało kiedyś większą jego część. To bez wątpienia ciekawy obiekt, bo spotykamy tam wielu Polaków. Jedni nawet zostawiają pozdrowienia spisane na serwetce za wycieraczką naszego auta.

W górnej części doliny jest jeszcze niewielki klasztor i cerkiew, też posługujące się nazwą Vardżia.

Malowniczą, asfaltową drogą wyjeżdżamy z Vardżi. W Achalciche uzupełniamy zapasy, paliwo i ciągniemy w kierunku przejścia granicznego Posof z Turcją. Wydaje się, że w ten sposób szybciej dojedziemy do powrotnej trasy nad Morzem Czarnym, niż przez Adżarię i Batumi. Dzisiaj nie jestem tego pewien, ale w końcu droga przez Turcję do Hopy - mimo, że kręta, dłuższa i wcześniej narażała nas na tankowanie drogiego paliwa - była szalenie malownicza.

Wcześnie rano wyjeżdżamy z pięknego biwaku na wysokich łąkach. Chcemy być na granicy na tyle wcześnie, żeby uniknąć tłoku. Przejście okazało się zamknięte. Otwierają o dziewiątej. Jest siódma. Ale i tak jesteśmy pierwsi w kolejce. 

Opuszczamy Gruzję. Przed nami jeszcze prawie 4 tysiące kilometrów do domu. Jeszcze biwak nad Morzem Czarnym, na którym przy śniadaniu towarzyszyły nam delfiny. Jeszcze przejazd przez Istambuł, który tym razem ustawiliśmy na późny wieczór. Jeszcze spotkany przemiły Węgier, który pojawiał się i znikał na kolejnych parkingach, od Turcji po Serbię, a na pożegnanie do Agnieszki mówił "Ciao, madamka". Jeszcze biwak w Nizkich Tatrach.

"Żyjemy na styku kultur, religii, cywilizacji i kontynentów, i to nas wzbogaca." [WG]
Tak mówiła o Gruzinach jedna z postaci cytowanych przez Wojciecha Góreckiego w jego książce "Toast za przodków". Cytaty oznaczone [WG] pochodzą właśnie z tej książki.

Informacje na koniec

  1. Na wyprawę mieliśmy 3 tygodnie czasu. Przejechaliśmy 11 000 kilometrów. Większość kosztów wyprawy (70%?) pochłonęło paliwo.
  2. Na dojeździe robiliśmy dziennie 600-800 km, bez pobudek o świcie i walki do północy. Zwykle startujemy około 8-9 i przed zmrokiem staramy się znaleźć miejsce na biwak, więc o 20-21 zaczynamy robić kolację. Na autostradach utrzymywałem prędkość 20-letniego discovery na poziomie 115-120 km/h. Tradycyjnie na granicy węgiersko-serbskiej tracimy kilka godzin, a wracając dochodzi nawet do incydentów z przepychankami. Granica z Turcją zorganizowana porządnie, trzeba tam wykupić wizę. Auta są wybiórczo, ale dość dokładnie przeszukiwane.
  3. W Gruzji upał bywa taki, że wahlarzy używają także mężczyźni.
  4. Gruzinki są piękne.
  5. Zdarzają się takie bankomaty, w których można można podjąć lari a także dolari ;-) (dolary).
  6. Ceny generalnie podobne, jak w Polsce, zaopatrzenie też. Bywało, że na straganach przy głównych drogach ceny warzyw były mocno zawyżone. Znaliśmy już ceny, więc udało się wynegocjować rozsądny poziom. Podobną sytuację mieliśmy w aptece. Trzeba uważać.
  7. W Gruzji litr oleju napędowego kosztował (2012 rok) 2,10 lari.
  8. Cola w puszce 1-1,5, woda od 0,7 za 1,5 litrową butelkę, jajka 0,30 sztuka, chaczapuri 0,40-1,5.
  9. W Armenii litr oleju kosztował 450 dram (1 euro - 500 dram).
  10. Chleb 100 dram, woda mineralna 150, mleko 0,5l - 80, pomidory 150 - 200/kg, cola w puszce 250, piwo 250 - 400, winogrona 200 - 350/kg, arbuzy 60-80/kg.
  11. W Gruzji kierowcy jeżdżą "okrakiem" biorąc środkową linię między koła. I jadą tak nadal, mijając się z autem jadącym z naprzeciwka. Na szybkich drogach kierowcy wyprzedzają przed zakrętem i nie przerywają manewru, mimo nadjeżdżającego auta. Twojego auta. Bywało, że w obu kierunkach jechały auta w czasie wyprzedzania. I to się jakoś bezkolizyjnie rozwiązywało. Nazywaliśmy takie manewry "na Dżygita".
  12. Na wąskich drogach raczej nie ustąpią. Gdy chcą ciebie wyprzedzić - trąbia i mrugają światłami.
  13. Kierowca na rondzie ma chyba pierwszeństwo. To zaskakujące wrażenie, trzeba uważać.
  14. Wiele aut ma kierownicę z prawej strony.
  15. Powszechne są krowy leżące na drodze. Bywa to niebezpieczne, gdy akurat wyjeżdżasz zza zakrętu.

Przed wyjazdem bardzo obawiałem się o bezpieczeństwo w Swanetii. Jednak niepokojące informacje w necie pochodzą sprzed paru lat. W tym czasie prezydent Saakaszwili wspomagany oddziałami specjalnymi, wyprostował sytuację. Do Swanetii nie trzeba wjeżdżać z przewodnikiem lub eskortą. Rejony pogranicza z Abchazją, kiedyś nerwowe, teraz również są spokojne, ale na drogę z Zugdidi prowadzącą do Abchazji nie ma sensu wjeżdżać. To poczucie bezpieczeństwa nie zmienia faktu, że tydzień po naszym powrocie do Polski, w Gruzji, gdzieś na pograniczu z Dagestanem kogoś porwano, doszło do strzelaniny, zginęli ludzie. Że zaginęła polska turystka, być może porwana przez nurt rwącej, swaneckiej rzeki. Jak w każdej podróży trzeba uważać na różne potencjalne zagrożenia.

Na dojeździe prowadziła nas Auto Mapa, przy czym kilkaset kilometrów przed granicą gruzińską program zbiesił się, przestał nawigować i pokazywał jedynie pozycję. W drodze powrotnej zachowywał się podobnie. Gruzji i Armenii Auto Mapa nie obejmuje. Korzystaliśmy więc ze starych map rastrowych Gruzji 1:50 000 skalibrowanych pod program nawigacyjny OZI Explorer. Ten stanowił jedynie podpórkę i rejestrację, a do prowadzenia trasy - co może wydawać się dziwne przy tak dużej skali - korzystaliśmy wyłącznie z mapy papierowej Kaukazu 1:650 000 wydawnictwa Reise Know-How. I ta, w połączeniu z przewodnikiem, w zupełności wystarcza do poruszania się po Gruzji i Armenii. Inna mapa, 1:700 000 wydawnictwa freytag & berndt, byłaby równie przydatna. Ale zdarzały się drogi zaznaczone na jednej, a nie zaznaczone na drugiej. Zatem warto mieć obie mapy.
Nazwy miejscowości na drogowskazach są dwujęzyczne lub pisane alfabetem łacińskim. Niezmiernie rzadko spotykaliśmy tablicę zapisaną jedynie ich "krzaczkami".

Przed wyjazdem warto przeczytać dwie książki:

  • "Gaumardżos" Anny i Marcina Mellerów ("gaumardżos" to gruziński toast, takie nasze "na zdrowie", choć nie tylko; na aucie mieliśmy naklejkę z tym słowem pisanym alfabetem gruzińskim. Nieraz widzieliśmy radosną reakcję i serdeczne gesty Gruzinów na widok naklejki)
  • "Toast za przodków" Wojciecha Góreckiego

Ta ostatnia prowadzi przez obszary Azerbejdżanu, Gruzji i Armenii. Nie ma w niej słów wypełniaczy, jednego zbędnego zdania.
Lekturę książek poświęconych Kaukazowi, pisanych przez reporterów wojennych, przed wyjazdem można sobie odpuścić.

Wyprawa trwała 3 tygodnie. Części zapasowe (apteczkę) udostępniła - jak zwykle, od wielu lat - firma Landstore Pawła Molińskiego. Oprócz mojego zaangażowania, mechanicznie auto przygotował Sławek "Elmer". Bardzo Wam dziękuję. Nasze discovery 200 pokonało trasę bezawaryjnie.

"Co dla siebie schowasz, to stracisz, a co dasz innym, jest twoje na zawsze"

(Szota Rustaweli, największy gruziński poeta, ur. 1166 r.). [WG]

Stąd moja opowieść.

  

*** Cytaty oznaczone [WG] pochodzą z książki "Toast za przodków" Wojciecha Góreckiego.

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, foto Artur Kamiński
Autor: Artur Kamiński
Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej w Polityce Prywatności