0
0,00 zł

Nie masz produktów w koszyku.

Ostatnie dni w Albanii

Ostatnie dni w Albanii

04.12.2015

Ostatnie dni Artura i Agnieszki w Albanii oraz garść wiedzy praktycznej dla wybierających się tam obieżyświatów. Fanów przeżyć i pióra Artura informujemy, że to ostatnia część opisu jednej z wielu jego wypraw. Już niedługo kolejne miejsca widziane i opowiadane w lekko humorystycznym stylu.

Dzień ósmy

Dziś chcemy zjechać jak najbardziej na południe Albanii, pod grecką granicę. Zjeżdżamy w doliny, potem już tylko asfalty. Na krętym odcinku drogi do Kelcyre spotykamy grupę dobrze wyposażonych rowerzystów. Ekipa z Polski. Byłem tak zaskoczony ich pojawieniem się, że tylko pozdrowiliśmy się w biegu. Nawet nie zatrzymałem auta (zakręty temu też nie sprzyjały) żeby pogadać, zapytać, czy czegoś nie potrzebują. Pełen szacun dla nich: południe Albanii, upał, droga niełatwa a oni muszą naciskać pedały trochę inaczej niż my. Pozdrawiam ich teraz jeszcze raz. Przez Kelcyre i Tepelene dojeżdżamy do Gjirokaster. Trochę naokoło, ale wysokie pasmo górskie inaczej nie puści.

Gjirokaster to spore miasto, które warto zobaczyć. Ma charakter i domy kryte szarym łupkiem, zabytkową zabudowę i zamek ponad miastem. W nieodległych, trudnych czasach było tam komunistyczne więzienie. Teraz jest tam trochę wojskowego złomu i zacna panorama na miasto. Wąskimi uliczkami wydostajemy się z podzamcza. Do konsulatu greckiego kolejka jest zakręcona jak u nas do ambasady amerykańskiej. I pewnie tyle samo znaczy dla Albańczyków. W tym rejonie Albanii widać mieszanie się kultur. Drogowskazy - jak przystało na tereny zamieszkiwane przez mniejszości narodowe - są dwujęzyczne, pisane również greckim alfabetem. Kilkanaście kilometrów przed grecką granicą skręcamy w kierunku Sarande. Okoliczne góry dymią palącymi się trawami. Na przełęczy stajemy na obiad. Tym razem prosimy o danie mięsne. Z trudem zjadamy podwójną porcję mięsa z dodatkami. Nie wiem, czy to norma, czy tak karmią tylko inostrańców? Po obiedzie chcemy dotrzeć do słynnego Niebieskiego Oka. Z przełęczy skręcamy w boczną, mocno zniszczoną drogę. Opis w przewodniku był dwuznaczny, albo my nadgorliwi. Wracamy tą samą drogą nadkładając kilkadziesiąt kilometrów. Do żródła jedzie się główną, "czerwoną" drogą!!! Z przełęczy serpentynami w dół, aż trafi się na drogowskaz. Wjazd do źródła jest płatny. W okolicy źródła jest knajpka i parking. Chyba można by stanąć tam na biwak. A źródło jest efektowne, choć nieco przereklamowane. Niemniej jest to jedyna atrakcja w okolicy i warto w upalny dzień zrobić sobie chwilę przerwy w podróży. Woda zimna jak cholera, ale w upał chętnych do kąpieli nie brakuje. Nad źródłem jest niewielki taras, z którego co odważniejsi skaczą wprost w źrenicę Oka. Mi wyjątkowo podobał się skok pewnej zgrabnej i urodziwej, francuskojęzycznej kobiety. Pęd wody zsunął jej koszulkę i obnażył piersi. Za wrażenia artystyczne - 10 punktów! Długo stałem w lodowatej wodzie. I to mnie uratowało. Nie, nie myślę teraz o tej kobiecie... Podczas zakładania sandałów w palucha użądlił mnie jakiś owad. Ból był duży, ale tylko chwilę. Potem lekkie odrętwienie i zanim wyjechaliśmy z powrotem na szosę, już nie pamiętałem o zdarzeniu.

Niebawem wjeżdżamy do Sarande, nadmorskiego kurortu. Na przedmieściach resztki romskiego obozowiska. To było małe miasteczko. W radiu słyszymy polską ekipę jadącą terenówkami. Od dłuższego czasu widzimy morze i wyspę Korfu. Piszemy SMS-a do znajomych, którzy akurat mieli tam być: "Możemy wpaść na kawę?". Dwa dni temu wrócili do Polski, w Poznaniu zimno i deszczowo. Z Sarande zjeżdżamy jeszcze bardziej na południe, do ruiny archeologicznej w Butrint, jakieś 10 kilometrów od granicy z Grecją. Wstęp płatny, zwiedzania na kilka godzin, muzeum zamykają jakoś wcześniej. Malowniczo położony zabytek koniecznie trzeba zobaczyć. Trochę tam spękanych murów, trochę schodów, baptysteriów, kolumn i łaźni. Sporo przestrzeni, muzeum z zabytkami wydłubanymi z ziemi i teatr, w którym z kamieniem w ręku wygłaszam szekspirowskie "To be, or not to be?". Wracamy drogą w kierunku Sarande na wcześniej upatrzony z szosy biwak nad zatoczką z widokiem na Korfu, błyskające nabrzeżnymi światłami. Podobny pomysł miała rodzinka kamperem VW, którą spotykaliśmy w ruinach. Miejsce na biwak obfituje w kolczaste roślinki, przyschnięty nawóz jakiejś rogacizny, nocne owady i gwiazdy na niebie. Wieczór iście bałkański: ciepło, światła na Korfu w oddali, wino, chlupotanie fal, oliwki i albańska wędlina. I punkt zwrotny naszej wyprawy: dalej na południe nie pojedziemy (tym razem...), czas wracać, zobaczyliśmy prawie wszystko, co zamierzaliśmy, a jeszcze kilka dni na Bałkanach jest przed nami. Ciągle zaskakujących i ciekawych dni. Głównie po szosach przejechaliśmy dzisiaj 171 kilometrów.

Dzień dziewiąty

Nieśpiesznie ruszamy na północ. Jedziemy wzdłuż wybrzeża Morza Jońskiego. Za Sarande, w okolicy Borsh, wjeżdżamy na plażę. Auto męczy się i kopie na ruchomym podłożu z wygładzonych kamieni. Boję się, że stamtąd nie wyjadę zakopując się jeszcze bardziej, więc podkładam pod koła większe, płaskie kamienie. Słońce jest dla nas, ludzi północy, zbyt gorące. Na plaży znajdujemy zadaszenie z liści. Potem kąpiel, arbuz i odrobina lenistwa. Ciekawe, że nie miałem potrzeby opłukania się po kąpieli. Nie czułem na skórze nieprzyjemnie wysychającej soli, jak po kąpieli w Adriatyku w niedalekiej przecież Chorwacji. Zjeżdżamy z plaży - kamienie puściły.

Wzdłuż szosy spotykamy sprzedawców miodu. Niebawem droga serpentynami wznosi się na poziom 1000 metrów nad poziomem morza, ciągle pozostając w zasięgu linii brzegowej. Przez drogę przechodzi największe stado kóz, jakie w życiu widziałem. Chwila przerwy na tarasie widokowym, skąd chmury nad morzem widzimy poniżej poziomu naszych stóp. Potem już tylko w dół, aż do kolejnych plaż z kolorowymi parasolami. Tak dojeżdżamy do Vlore. To duże miasto, z komunikacją miejską i fastfoodami. Kupujemy po naleśniku z wędliną, serem i warzywami (świetne). Jedzący człowiek ma zajęte i zabrudzone sosem ręce, więc jest łatwym łupem dla żebraków. Dopada nas romska dziewczyna czy też po prostu Cyganka z dzieckiem i całym tym swoim teatrem gestów i słów. Nie chcemy jej wesprzeć, więc jak Rejtan staje przed autem i teatralnymi gestami pokazuje, że za tę niegodziwość - tak to interpretuję - pochłonie nas piekło i wszelkie zarazy. Nie pochłonęło, ale koniec dnia był czujny. Za Vlore zaczynamy szukać biwaku. Zjeżdżamy w stronę morza. Zbyt wiele osad, zbyt wiele pastwisk rozdzielonych wysokimi jakby bambusowymi krzakami, zbyt wiele rowów z wodą i komarów. Wracamy na szosę. próbujemy gdzie indziej, na bocznych drogach. I znowu: a to nowa droga z głębokim rowem odwadniającym, a to jakieś pałacyki, a to gospodarstwa i ogrodzone pastwiska. Są takie rejony w czasie różnych podróży, osobliwie właśnie w pobliżu mórz, gdzie budzi się w tubylcach poczucie prywatności i wszystko grodzą. Kolejna boczna droga ma nas wyprowadzić na fajne wzgórza. Ale nie wyprowadza... Jedziemy, coraz wolniej przez wioskę zamieszkaną przez Romów. Wszędzie mnóstwo ludzi: na zagraconych podwórkach, na ulicy przez wieś, w bramach. Tu naprawiają auto, tam grają w piłkę, ówdzie leją w gardło. Wszyscy coś robią, ale jakby nic nie robili. I gapią się na nas. Czujemy się, jak biali ludzie wchodzący do Harlemu - jakoś tak nie na miejscu. Wyobraźnia zaczyna działać, zawracam auto i wracamy na główną szosę. Chwilę potem wjeżdżamy do Fier - kolejnego dużego miasta. Zapada zmierzch, a miasto nie sprzyja poszukiwaniom biwaku. Agnieszka od dłuższego czasu tak nawiguje, żebyśmy dojechali do starożytnych ruin Apollonia. Bo to i atrakcja turystyczna i jakoś tak się uparła, że tam właśnie znajdziemy miejsce na nocleg. Po Berat, gdzie poprzednio bezskutecznie szukaliśmy miejsca na biwak, a potem okazało się, że mogliśmy zostać na noc bezpośrednio pod zamkiem - trzyma się to kupy. Płaskie tereny nadmorskie tutaj też są mocno zaludnione i pocięte rowami melioracyjnymi. Tak dojeżdżamy do Apollonii. W półmroku widać jeszcze jakieś mury, wieżę, duże drzewo, nieduży placyk porośnięty trawą. Tego nam trzeba! Pod podniesionym szlabanem wjeżdżamy na placyk a tam stoi: terenówka z namiotem dachowym, kamper VW Westfalia i dwa motocykle z dwoma namiocikami. Dołączyliśmy do tego zacnego grona. Kolację jemy już przy świeczce. Przed snem sprawdzam licznik: 213 kilometrów.

Dzień dziesiąty

Od rana zwiedzamy Apollonię. Wejście płatne, ale jest co zwiedzać. Klimatyczny dziedziniec ze stareńką cerkwią pośrodku. W cerkwi jest ikonostas, mozaika na posadzce, stare kinowe fotele i chłód. Wokół cerkwi ganki, starożytne kolumny i kadłubki bez rąk lub nóg. Za bramą ciągle żywa odkrywka archeologiczna z teatrem i akropolem.

Apollonia to całkiem spore założenie. Upał tego dnia był wyjątkowy więc wszystkiego nie zobaczyliśmy. Spotkaliśmy Polaków, ale i tak jakiekolwiek bodźce zacząłem odbierać po wypiciu mrożonej coli. Wyjeżdżamy. W Fier kupujemy coś mocniejszego do Polski i parę zgrzewek czegoś do popicia. Upychamy to w różnych wolnych przestrzeniach auta, co nie jest banalnym zadaniem w przypadku opakowań szklanych. I teraz już naprawdę zaczynamy powrót. Przez Rrogozhine i Elbasan przecinamy Albanię w poprzek. To jedna z głównych dróg, ruch jest duży, ale podróż urozmaicają panoramy gór. Gdzieś po drodze korzystamy z myjni. Trzech chłopaków sprawnie spłukiwało cały albański kurz z naszego auta. Zgadniecie, ile kosztuje myjnia? Tak jak wszystko w Albanii - 200 leków. Jeszcze tankujemy do pełna, jeszcze pozbywamy się resztek albańskich pieniędzy i pod Perrenjas wjeżdżamy na przejście graniczne z Macedonią. Zaledwie kilka aut, kontrola jest czystą formalnością. I równie formalnie kończy się nasza przygoda z Albanią. Ale nie kończy przygoda w ogóle. Już w Macedonii zjeżdzamy nad jezioro Ohridzkie. Wąską drogą biegnącą tuż nad jeziorem wracamy w kierunku Albanii w poszukiwaniu kempingu zaznaczonego na mapie. Pojawia się jakieś zgromadzenie przyczep kempingowych, mało zachęcające. Jedziemy dalej. W Radożda, na końcu wioski, znajdujemy nieczynny, podupadły kemping. Rozpytujemy grupkę mieszkającą tam pod namiotem o status tego miejsca. "Tu można być, jesteśmy tu od tygodnia. Tylko trzeba mieć czystą wodę do picia." Wybieramy miejsce na samym brzegu jeziora, dwa metry od wody. Jest tak czysta, że możnaby ją pić. Do kąpieli nadaje się w każdym razie świetnie. Podczas kolacji siedzimy tuż nad wodą. Drugi brzeg jest na tyle odległy, że światełka na nim migoczą w zapadającym zmierzchu. A my siedzimy... Wczoraj Albania, dzisiaj Macedonia, jutro Serbia, pojutrze Węgry i Słowacja. Męczące to, a "był czas przywyknąć przecież". Do panoramy ze światełkami przejechaliśmy 187 kilometrów.

Następne dni to niespieszny powrót. Trudno odjechać znad takiego pięknego jeziora. Zamiast czerwonej drogi przez Macedonię wybieramy cieńszą, żółtą, wolniejszą i dłuższą, ale arcymalowniczą, przez Debar, park Mavrovo, Gostivar (egzotyczny obiad) i później Tetovo i Skopje. Wjazd do Serbii to oczekiwanie 1,5 godziny. Już w Serbii stajemy na noc na kempingu w Predejane, położonym tuż przy szosie biegnącej przez góry. Teren trochę trudny do poszukiwań biwaku. A może wspomnienie niegościnnego Serba... Miejsce z pozoru mało zachęcające: duży, dobrze oznakowany parking, w głębi tarasowo położone miejsca na kampery lub namioty, duży ruch. Fabryka. Ale jest to fajne miejsce, warto stanąć tu w przelocie do Albanii: restauracja z dobrym jedzeniem, sklep i porządne prysznice dla gości kempingu. Obok nas staje niemiecka rodzinka podróżująca Transporterem.

Rano dalej, i dalej. Późnym popołudniem przejście graniczne z Węgrami, granica z Unią. I przypomnienie starych czasów: koszmarnie długa wielonarodowa kolejka, po okresie przestoju przejeżdżamy o długość auta, szacujemy akcję na jakieś 5 godzin. Cwany przeskok pasem dla ciężarówek skrócił oczekiwanie do 3 godzin. Upał, zewsząd spaliny, aroganccy serbscy celnicy. Już po węgierskiej stronie znowu wjeżdżamy na kemping. Najpierw trafiamy na taki dla naturystów, ale był zakaz fotografowania, co nas - wolnych ludzi - oburza. Więc odjeżdzamy na drugi... dla niepełnosprawnych. Atmosfera nie do powtórzenia, chyba nawet rozumiałem węgierskiego recepcjonistę.

Po nocy znowu dalej i dalej. Na autostradzie auto robi drobny pssssik-us. Drobiazg, ale dla uspokojenia zjeżdżamy do Budapesztu na zupę gulaszową. Potem już tylko Słowacja, tam ostatni dziki biwak w malowniczych krzakach. Na śniadanie szukamy zadaszonego miejsca, bo od rana pada deszcz. Znajdujemy je... na przejściu granicznym z Polską. Ustawiamy stolik i krzesełka na rampie do kontroli pojazdów, przed którą paradują wszyscy wjeżdżający do Polski. W Polsce przełączam radio na kanał 19-ty. Słucham, czy jest zwyczajowy korek w Rabce, żeby wybrać inną trasę. I co słyszę? "Jest", "Eeee, toście korka nie widzieli", "Nie ma", "To tylko światła, ale idzie". Więc jestem w domu. Wyłączam radio. Potem na zakopiance, widzę jadącą - w przeciwną stronę - dobrze oszpejoną dyskotekę. Zbyt późno załapałem, że mam wyłączone radio. Zdążyłem jeszcze usłyszeć odpowiedź na moje pytanie: A dokąd tak gna? "Do Albanii."

A wtedy, w Berat, gdy szukaliśmy miejsca na nocleg, Albańczyk dał nam klucze do swojego mieszkania, które właśnie urządzał. Gratis. Kuzynki przyniosły nam baniaki z wodą, bo w kranie akurat nie było. I jeszcze zaprowadził nas na strzeżony parking. Rano oddaliśmy klucze kuzynkom w pobliskim zakładzie fryzjerskim, załączając flaszeczkę polskiego krupniku. A na parkingu, gdzie wieczorem wcisnąłem parkingowemu trochę więcej, niż się należało, inny parkingowy zwrócił mi nadpłaconą kwotę. I co teraz myślicie o Albanii?

Jeszcze kilka przydatnych informacji

Z Poznania do Albanii uzbierało się 5600 kilometrów. W samej Albanii przejechaliśmy ponad 1500 kilometrów. Na autostradach trzeba wnieść opłaty. W Słowacji za drogi ekspresowe, choć nie pamiętam, czy w ogóle to zrobiłem. Wjeżdżając na Węgry można kupić winietę na pozostałości po przejściu granicznym. Serbia pobiera opłaty na bramkach, przy czym można płacić w euro. Potem jeszcze tylko opłata ekologiczna za wjazd do Czarnogóry. Albania nie pobrała od nas żadnych opłat. W drodze powrotnej chyba też coś płaciliśmy za drogę w Macedonii. Na kempingu w Serbii przyjmowali euro, na Węgrzech również, choć w ich przelicznikach połapać się jakoś trudno.

Wodę (do mycia i gotowania) tankowaliśmy w przydrożnych studzienkach. W górach są dość częste. To murek z wystającą rurką przy zboczu góry. Zawsze sprawdzałem, wąchałem i smakowałem tę wodę - organoleptycznie zawsze pierwsza klasa. Dla Albańczyków mieszkających w górach, gdzie potoki i rzeki często są suche, to zapewne źródła w codzienne zaopatrzenie w wodę.

    Ceny (lipiec 2011):
  • paliwo 160-170 leków za litr
  • gaz 81-97, ale nie na każdej dużej stacji jest
  • cola 50-150, zależnie od miejsca, gdzie stoi lodówka
  • woda mineralna 1,5l 40-60
  • piwo, sześciopak Tuborga 0,5l 680
  • wino 300-600 (droższe jest albańskie, włoszczyzna tańsza)
  • wódka (rakija) 400
  • krepa (gorący, duży naleśnik z szynką, serem, bekonem, pomidorami i majonezem - pyszny) 170
  • pomidory 45 za kg
  • wstęp do zamku w Berat 100 za osobę
  • wstęp do zamku w Gjirokaster 200 za osobę
  • wstęp do ruin w Butrint 500 za osobę</li>
  • wstęp do ruin w Apollonii 300 za osobę

Należy nastawić się na płacenie gotówką. Tylko w dużym markecie w Fier mogliśmy płacić plastikiem. A na pewno gotówki zażądają od Was na stacjach benzynowych. Stacje przy głównych drogach są całkiem przyzwoite. Ale mimo naklejek przedstawiających logo różnych kart kredytowych, kartą tam nie zapłacicie. Nie potrafiłem zrozumieć tłumaczenia pana stacyjnego, któremu - na próbę - podsunąłem kartę pokazując przy tym nalepki. On też je pokazał i zdecydowanie kręcił głową. Być może tambylcy mogą płacić kartą po podpisaniu jakiejś umowy z siecią stacji. My musimy przygotować gotówkę. Gotówkę można podjąć z bankomatów w większych miastach. Podjęcie z bankomatu kwoty 20 000 leków nie jest problemem dla maszyny, a dla nas też nie powinno być, bo te cyferki albańskich pieniędzy tylko wydają się takie duże. Zaopatrzenie sklepów jest normalne, łącznie z lodami w małych, wiejskich sklepikach.

Nie znam stanu albańskich hoteli czy pensjonatów. "Hotel" w Komanie był specyficzny, ale razem z pozorną możliwością płacenia kartą na stacji benzynowej i jakością głównych dróg taki stan rzeczy sugeruje przewartościowanie różnych pojęć, do których przywykliśmy.

Albańczycy bardzo przywiązani są do swojej flagi z dwugłowym lwem na czerwonym polu. I równie mocno przywiązani sa do flagi amerykańskiej, i w ogóle do USA. Często eksponują swoją flagę, osobliwie również w czasie ślubów, których kilka widzieliśmy. Śluby z weselem odbywają się również w tygodniu. Flagi wystawiane są dumnie z okien pojazdów orszaku weselnego. Również wtedy, gdy kolumna jedzie w Macedonii lub Czarnogórze, w pobliżu granicy, bo któreś z młodych pochodzi lub mieszka w tym drugim kraju. Na płotach nowo stawianych domów bardzo często spotykaliśmy pluszowe zabawki. One spełniają tę samą rolę, co u nas poczciwa wiecha.

Nie spotkałem dziwnych zachowań policji czy innych służb. Nie zauważyłem również - jak podawały różne opisy w necie - żeby policjantów można było spotkać niemal wszędzie.

Cały czas w Albanii czułem, że jestem w bezpiecznym i przyjaznym nam kraju. Nie wiem, jak odnieść się do informacji powielanej w necie na różnych stronach, że w górach północnej Albanii może być niebezpiecznie. Czy może być, ale szczęśliwie nie trafiliśmy na taką sytuację, czy też informacja (niedatowana) jest nieaktualna - nie wiem. Ani razu nie czułem tam klimatu zagrożenia.

Po Albanii podróżowaliśmy autem terenowym na oponach MT, przy czym w zasadzie nie spotkaliśmy trudności terenowych wymagających czegoś więcej, niż opona AT. Pewnie i szosowa by wystarczyła, ale było kilka odcinków drogi, które po deszczu mogą zrobić się mocno błotniste. Wyposażenia offroadowego w ogóle nie dotknęliśmy. Korzystaliśmy, z dużym powodzeniem, z mapy 1:400 000 wydawnictwa freytag & berndt. W sklepach (czas na reklamę) Podróżnika, a na pewno w sklepie w Warszawie, jest mapa Albanii 1:220 000 wydawnictwa REISE Know How. Jest dokładniejsza, a nie tylko "rozciągnięta". Zawiera zdecydowanie więcej szczegółów, ale znalazłem i takie elementy, które były na mapie 1:400 000, a na tej z REISE ich nie było. Zatem warto mieć obie.

Autor: Artur Kamiński