Rumunia - Siedem grodów Transylwanii cz. II

Rumunia - Siedem grodów Transylwanii cz. II

09.06.2021

Zapraszamy na drugą część opowieści o Rumunii.

Jeśli nie czytałeś pierwszej, to możesz to zrobić klikając TUTAJ

Gościnność

Na biwak chcemy stanąć na łące wśród potężnych dębów. Teren dość płaski i otwarty, w pobliżu stoi szałas pasterski, więc chcemy się jakoś przedstawić, zaanonsować swoją obecność, uzyskać zgodę. Chcemy na tę noc być swoi. Podchodzimy do szałasu, zagajamy. Ale jak tu zagajać po rumuńsku? Gestami wypowiadamy, że spać, że tam na łące. Agnes rzuca parę słów po włosku. I to chwyta. Pani, po sezonie, pół roku pracuje we Włoszech, więc obie jakoś się dogadują. Nocleg oczywiście, ale może tutaj, przy szałasie, po co tam na łące. A w ogóle, to sera przyniesie. Zapłaty żadnej nie chce, więc chwytamy za wino i kieliszki i wbijamy pod szałas. Za chwilę przyjeżdża syn gospodyni. Z radością otwiera flaszeczkę doskonałego bimbru. I nie jest to banalna palinka, tylko jej wspaniała południowa wersja, sójka (czy coś w tym rodzaju). Co chwilę młody gdzieś dzwoni i opowiada, że ma gości z Polski. Potem dzwonią inni i pytają o tych gości z Polski, którzy są u niego. Nasza radosna degustacja trwa do ciemnej nocy. Z niemałym trudem przejeżdżamy na drugą stronę polnej drogi, na naszą biwakową łąkę. Jeszcze poziomowanie i rozstawienie naszej sypialni, jeszcze krótka pogawędka z pasterskim psem, który sprawdzał swój rewir, i zasypiamy pod rozłożystymi dębami. A ser to była symfonia. Rodzaj naszego bundzu, taki zwarty, słodkawy i skrzypiący na zębach. Pycha!

Sarmizegetusa – tajemnicze kręgi

To miejsce polecone przez Rumunów. To kolebka ich dackich korzeni i bardzo ważne miejsce dla Rumunów. To miasto na śródleśnej polanie, z zachowanymi pozostałościami zabudowań użytkowych i miejsc kultu. To miejsce z charakterystycznymi słupami ustawionymi w kręgi (dlatego Rumuni nazywali to rumuńskim Stonehenge, choć funkcja słupów jest zupełnie inna, niż w brytyjskim pierwowzorze). To miejsce życia Daków, pradziadów Rumunów. Nasz papierowy przewodnik milczy na ten temat... Dakowie już w starożytności mieszkali na terenach obecnej Rumunii oraz częściowo Węgier i ostro walczyli z legionami rzymskimi. Siali grozę w tym regionie. Później stracili na znaczeniu. Ale nasi Piastowie mogliby Dakom czyścić buty. Dziwi mnie słabe wykorzystanie przez współczesnych Rumunów tak silnych korzeni w promowaniu swojego kraju. No bo cóż może zrobić samotna marka samochodów DACIA? Podobne miejsca o mniejszym znaczeniu - jeśli jeszcze nie masz dosyć dackich zabytków - to Cetatea Costesti i Cetatea Blidaru, na południowy zachód od Costesti. Do ruin dackiej osady Cetatea Costesti jest dojazd wąską, miejscami stromą drogą. Tuż przed wejściem do ruin jest nieduże miejsce na kilka aut.

Wracamy na autostradę do Sibiu. Kończy się ona kilkadziesiąt kilometrów przed miastem. Ale gdy czytasz tę relację, na pewno wybudowano ją dalej. Rumunia w niczym nie odstaje od rozwijających się krajów byłego bloku państw Europy Wschodniej. Po czkawce sowieckiej dominacji łapie oddech tak samo, jak Polska. A może nawet lepiej.

Sibiel i muzeum ikon malowanych na szkle

Z głównej drogi zjeżdżamy nieco w bok do Sibiel. Ma to być wioska o typowo rumuńskiej zabudowie. Nic szczególnego w niej nie widzimy, ale jest stary, niewielki kościół z ciekawą zabudową wnętrza, a na tyłach kościoła muzeum rumuńskich ikon malowanych na szkle. Zbiory są bogate i podzielone na regiony Rumunii. Widać różnice w stylistyce, kolorach i symbolice ikon. Kościół i muzeum są warte zobaczenia.

Trudno szuka się miejsca na biwak w okolicy dużych miast. Szukamy więc kempingu w centrum Sibiu, żeby połazić wieczorem po mieście. Miejsce wskazane w przewodniku okazuje się bocznicą kolejową. Znajdujemy w mieście drogowskazy na kemping. Na rogatkach miasta znikają. Rozpytujemy w knajpie. Bardzo pomocny okazuje się przemiły gej. W ten sposób trafiamy na sympatyczny kemping w Cisnadioarze, prowadzony przez Niemców. Stajemy obok dwóch niemieckich terenówek, poznających Rumunię w podobny sposób, jak my.

Sibiu

W drodze do Sibiu odwiedzamy warowny kościół ewangelicki w niedalekim Cisnadie. Warto tam zajrzeć, bo i kościół zacny, i możliwość wejścia na wieżę, i miasteczko jest śliczne. Jeszcze przed Sibiu zwiedzamy skansen - Muzeum Cywilizacji Astra. Jesteśmy tu głównie ze względu na kolekcję wiatraków (mam świra na punkcie tych maszyn). Ale młyny wodne o różnych funkcjach, prasy do wyciskania wina czy rzepaku oraz budynki gospodarcze też warto zobaczyć.

Transylwania była pod silnymi wpływami Węgrów i Sasów. To widać w charakterze zabudowy wiosek i miast. Równo zaplanowane ulice, szczegóły architektoniczne i nade wszystko porządek widać nawet w małych wioskach. Stare miasto w Sibiu jest przestronne, eleganckie i ze smakiem restaurowane. Sibiu trzeba zobaczyć. A nade wszystko wielką i wspaniałą cerkiew katedralną - magiczną, przestrzenną, wymalowaną złotem i błękitem. I Most Kłamców.

Trasa Transfogaraska

Ekipy wracające z Transylwanii mówiły przede wszystkim o Draculi, Transalpinie i trasie Transfogaraskiej. Ta ostatnia to wytwór chorej wyobraźni rumuńskiej doktryny wojennej z czasów Ceausescu. Serpentyny zaplątane w węzeł gordyjski w rozległej dolinie najwyższych gór Rumunii robią wrażenie. Przejazd nimi nie jest trudny czy ryzykowny, choćby w części tak, jak wjazd na Świętego Jurę koło Makarskiej w Chorwacji. Ale trasa jest efektowna i trudno ją pominąć w planie podróży. Na przełęczy, w Balea Lac są knajpy, pensjonaty i stoiska z wytworami rękodzieła pamiątkarskiego. Warto spróbować lokalnych przysmaków: kiełbasy i serów. Są różnej jakości i w różnej cenie. Tu sprzedawcy nastawieni są na napalonego turystę. Jeśli nawet nie kupisz, będziesz wiedział, czego typowo rumuńskiego możesz szukać później w sklepie. A można trafić na smakowe perełki.

Zjazd trasą na południową stronę jest mniej imponujący. Już w dolinie odbijamy z trasy na drogę biegnącą zachodnim brzegiem jeziora Vidraru. W poszukiwaniu biwaku trafiamy na dziki kemping. Od dłuższego czasu pada deszcz, Rumunii walczą z plandekami, foliami, żeby stworzyć sobie znośne warunki do funkcjonowania. Stajemy nieco z boku, w dole polany, na cyplu otoczonym szmaragdową wodą jeziora. Cypel wystaje z jeziora kilkumetrowymi klifami. Nasze auto stoi kilka metrów od brzegu.

Zagadują nas lokalesi, opowiadają, że przyjeżdżają tu na wakacje od kilkunastu lat. I że też stawali tu, gdzie teraz my stoimy. Do czasu, gdy poprowadzono linię elektryczną. Teraz rozbijają się trochę dalej, w obawie przed burzami i prądem. Prąd przebiega nad naszym stanowiskiem... W nocy przychodzi burza. Ale nie taka, która pogrzmi, pobłyska i po trzech kwadransach pójdzie dalej, znikając za górami. Burza wisiała nad nami w środku nocy chyba trzy godziny. Ja uwielbiam burze, ale Aga raczej nie. Burza, świadomość, że nad nami są druty z prądem. Nie pomagało tłumaczenie, że jeśli słyszymy grzmot, czyli to, co wywołuje największy niepokój, to znaczy, że żyjemy, że piorun w nas nie trafił, bo grzmot słychać później, niż widać światło związane z najbardziej niszczącym zjawiskiem. Wszystko na nic. I jeszcze ta skarpa obok, na pewno obsunie się razem z nami. Wieczorem wspomniałem, że jeśli będzie długo padało i ziemia nasiąknie, może być niejaki problem z wyjechaniem pod górę.

Zamek Vlada Palownika

Skarpa nie obsunęła się, piorun nie uderzył, a ziemia nie nasiąkła aż tak, żebyśmy nie wyjechali. Ruszamy na poszukiwania zamków Draculi. Według przewodnika, do pierwszego prowadzi prawie 1500 stopni i jest z niego widok na jezioro. Przy zaporze widzimy jakieś schody, więc atakujemy. Dochodzimy do jakiegoś blaszanego potworka na szczycie. Widok istotnie pierwszorzędny. Ale nie jest to zamek, ruiny nawet. Durny przewodnik, czujemy się oszukani. Dopiero dalej, w dolinie w miejscowości Poienari jest szlak ze schodami do zamku Vlada Palownika. Wejście i zejście w rytmie narzuconym przez interwał schodów jest bardziej męczące, niż chodzenie po zwykłej ścieżce. Ale warto dojść do ruin zamku, do sylwetek ludzi nabitych na pal (stąd przydomek Vlada), do widoku na dolinę. Kawałek ruin urwał się w czasie trzęsienia ziemi. Ale i tak ruiny dają pojęcie o siedzibie Vlada Palownika.

Po drodze do następnego zamku, określanego mianem Zamku Draculi, trafiamy jeszcze do klimatycznego monastyru. Przechodzę przez bramę na dziedziniec, cerkiew stoi pośrodku. Otwieram drzwi i zagłębiam się w półmrok, aromat kadzidła i subtelne brzmienie dwóch męskich głosów, śpiewających prawosławną modlitwę. W cerkwi byliśmy tylko we trzech…

Bran - zamek Draculi

Do miasteczka wjeżdżamy późno. Zamek możemy zwiedzić jutro. Więc w pobliżu musimy znaleźć nocleg. Wiecie już, jak się szuka biwaku w pobliżu miast? Na wylocie z Branuw kierunku na Brasov znajdujemy przyzwoity Vampire Camping. Kemping jest niedaleko miasta, po kolacji pójdziemy na spacer do zamku. Miejsce jest przyzwoite, więc i trawa równo skoszona, i stanowiska rozdzielone żywopłotem, i ciepła woda w sanitariatach. I sporo kamperów. Stajemy obok niemieckiej załogi. Do kolacji przyda się białe wino, więc proszę sąsiadów o schłodzenie wina (na pewno mają uczciwie chłodzącą lodówkę, a nie taką popierdółkę, jak my). Po kolacji częstujemy sąsiadów winem, oni jakąś korzenną nalewką. Starym już zwyczajem wznosimy toasty za przyjaźń niemiecko-polską. I do miasta już nie idziemy. Długo rozmawiamy o podróżach, o Rumunii, i o stanie dróg Polsce. Są w podróży od pół roku. W Polsce chcą zobaczyć Oświęcim i Wrocław. Podrzucają namiary na kemping w Sighisoarze. Znowu nie staniemy na dzikim biwaku, ale kemping przy mieście daje swobodę zostawienia auta i wieczornego włóczenia się po mieście. Rano atakujemy zamek Draculi. Aga idzie wcześniej, żeby kupić bilety, bo podobno są długie kolejki, a zamek ma wąskie korytarze i krużganki, więc nie ma dużej przepustowości. Ja klaruje naszą sypialnię i wbijam do zamku. Z kolejkami przesada, ale można trafić na moment, gdy przyjadą trzy autokary i wtedy można utknąć. Zamek jest nieduży, zwarty i przytulny. Zobaczyć trzeba koniecznie.

Zamek chłopski w Rasnov

Z drogi widać zamek na wzgórzu. Zamek to częściowa ruina zamku chłopskiego. Większość ocalała i ma klimat: kręte uliczki, rozległa panorama, turnieje rycerskie. Z parkingu do zamku jest droga pod górę, ale można dojechać wagonikami ciągniętymi przez stylizowany traktor.

Brasov

To duże miasto z wieloma atrakcjami. Oczywiście saska, porządna zabudowa. Nas przyciąga Czarny Kościół z największymi organami w Europie (organy to druga moja dewiacja, po wiatrakach). Duża świątynia, z ciemnego budulca. Zgrzytem jest zakaz fotografowania i filmowania, niezbyt częsty w Rumunii. W mieście jest wielu turystów i przyzwoite knajpki.

Zamek krzyżacki

Zaczyna nam się spieszyć, zostało mało czasu do końca urlopu a jest jeszcze kilka miejsc, które chcemy zobaczyć. W oddali na wzgórzu widać zamek krzyżacki w Rupea. Jakoś trudno nam przejechać obok niego obojętnie, taki imperatyw. Ale oglądamy go tylko z zewnątrz. Ma ciekawe położenie i układ murów obronnych, przenikających się na różnych poziomach. Parę kilometrów dalej, przez zabawną pomyłkę nawigacyjną, trafiamy do kościoła warownego w cygańskiej wiosce. Stojąc przed zupełnie innym obiektem niż ten, do którego chcieliśmy trafić, nawet widzieliśmy podobieństwo do tego ze zdjęcia z przewodnika. W przewodniku kilka ładnie otynkowanych wież, na żywo jedna wieża i pękające mury, a my stoimy i doszukujemy się podobieństwa - ba, widzimy je. Czegóż to nie wyprawia nasza głowa. I nie, że jakiś upał czy nadmiar alkoholu to sprawił.

Viscri

To mała wioska z bardzo tradycyjną saską zabudową. W centralnym punkcie wioski jest plansza pokazująca, które domy i jakie ozdoby są kanoniczne, a które domy są falsyfikatami. Jest tu kolejny kościół warowny. Piękny, z ciekawymi detalami architektonicznymi. Niestety - jesteśmy tu za późno i wnętrza zespołu nie obejrzymy, mimo poszukiwań opiekuna obiektu w pobliskiej karczmie. Ale przed kościołem spotykamy jeszcze sprzedawców wełnianych skarpet. To tradycyjny wyrób mieszkańców tej wioski, którzy właśnie ze skarpet uczynili źródło dodatkowych dochodów.

Sighisoara

Dojeżdżamy tu późno. Ale dzięki namiarom od Niemców bez pudła trafiamy na mały kemping-parking dla kamperów obok terenu basenów. Stare miasto na wzgórzu jest stąd dobrze widoczne, to kilka minut drogi, więc jeszcze przed zmrokiem idziemy na spacer. W galerii niedaleko wieży zegarowej trafiamy na wernisaż obrazów pokazujących Sighisoarę. Uwielbiam małe miasteczka o zmierzchu, w złotej godzinie, kiedy światło kończącego się dnia i światła elektryczne pozostają w równowadze. Turyści niespiesznie zwiedzają miasto, w knajpkach na ulicy popijają piwo, niektórzy siedzą przy klasztornych schodach i delektują się wieczornym spokojem miasteczka. Gdzieś rozlega się głos sygnaturki, na głównym placu spuszczają powietrze z dmuchanego zamku dla dzieci, zaczyna padać deszcz. Jeszcze w strugach deszczu robimy ostatnie zdjęcia i wracamy do naszej sypialni. Następnego dnia, w zupełnie innym świetle jeszcze raz oglądamy starówkę. Inne światło, inni ludzie, inne zdjęcia. To piękne miasteczko.

Kościół obronny w Biertanie

Transylwania jest pełna warownych kościołów. Oglądamy, zwiedzamy które się tylko da. Z czasem, im bliżej końca podróży, odpuszczamy zwiedzanie kolejnych. Zaczynamy weryfikować, nie wjeżdżamy już do wszystkich, odpuszczamy takie kościoły, które nie mają co najmniej dwóch murów obronnych. No właśnie - szalenie interesujący jest kościół w Biertanie, z potrójnym murem obronnym. W surowym wnętrzu jest wejście do zakrystii, z kutymi drzwiami, które posiadają specjalny zamek. Z kościoła roztacza się widok na całe miasteczko, z uporządkowanie uroczym układem architektonicznym na saską modłę.

Wąwóz Cheile Turzi

Pod Turdą dojeżdżamy do wąwozu Cheile Turzi. Wąwóz już z daleka jest widoczny jako wielka szczerba w pobliskim płaskowyżu.

Przy wylocie wąwozu jest rozległa polana piknikowa, pełniąca funkcję dzikiego kempingu. Obok stoją budki z jedzeniem i napojami, muzyka, dużo ludzi. Przejście wąwozu zajmie około 3 godzin i jest szalenie ekscytujące. Szlak biegnie dnem wąwozu, ścieżką przechodzącą z jednego brzegu strumienia na drugi. Wąska ścieżka trawersuje pionowe, wapienne ściany, czasem jest śliska, czasem asekurowana poręczami. Pionowe ściany wąwozu są mekką wspinaczy i grotołazów. Widzimy wiele zespołów na pięknych, powietrznych drogach. Spotykamy kursantów zawieszonych tuż nad ścieżką. Szlak wyprowadza na drugą stronę masywu. Powrót jest tą samą drogą. Na polanie robimy przepyszny obiad, w budkach mają zimne i świetne piwo Ciuc, wystarczy przebiec przez łąkę.Wieczorem polana piknikowa prawie opustoszała, więc zostaliśmy tam na noc. Na stoku powyżej polany także można znaleźć fajne miejsca biwakowe. Sprawdziłem to rano. Może nawet fajniejsze, ciche, z widokiem na dolinę i wylot wąwozu.

Wracamy już do domu. Jeszcze kupujemy trochę fajnych, rumuńskich serów i win. Jeszcze stajemy na śmiesznym kempingu w Tokaju (znowu kemping...) Jeszcze gdzieś w trasie wymieniamy klocek hamulcowy, który rozgrzał piastę i felgę. Wymianę krzyżaka zostawiamy do Warszawy. I znowu pełni wrażeń lądujemy w domu. I zdecydowanie zachęcam do podróży do Transylwanii, nie tylko z myślą o dostępnym tam off-roadzie.

Jak zwykle przygotowaniem mechanicznym auta zajął się SławekElmer, a apteczkę z częściami do auta udostępniła firma LANDSTORE Pawła Molińskiego.

Artur Kamiński

Autor: Artur Kamiński